-->

poniedziałek, 16 maja 2016

Wrocławskie myśli

Ja + Wercia = splątane nogi




  Chciałam napisać zwykłe streszczenie z podróży, jednak stwierdziłam: po co to komu? Podróż jak podróż - pociąg, pobyt, powrót. Najważniejsze było, abym w stu procentach wykorzystała weekendowy urlop i nie marnowała go na zwykłe siedzenie w domu. Z takim zamiarem więc wyjechałam wraz z przyjaciółką w piątek trzynastego do Wrocławia, do Lotty - którą zapewne kojarzycie z bloga Lottaczyta - i męczyłyśmy ją aż do niedzieli. Już drugi dzień z rzędu mam zakwasy od śmiechu. Nogi bolą mnie od chodzenia. Nigdy nie zapomnę spotkanego na działce turkucia (ohyda! Zawał na miejscu), tryliona pająków, które tylko czyhały na mnie, żeby mnie zabić, i wędrówek po nieznanych, ale znanych rejonach.
   Może najpierw wyjaśnię Wam, jaką jestem osobą. Kocham robić trylion rzeczy naraz, nie lubię siedzieć bezczynnie. Dla mnie choćby godzina wolnego powinna być zagospodarowana tak, abym nie musiała żałować, że straciłam czas. Z tego też powodu rzadko można mnie złapać, z przyjaciółmi spotykam się sporadycznie. Jestem wesołą optymistką, która ma wiele zamiłowań. Zawsze uważałam, że właśnie tym się kieruję - uśmiechem, radością z życia i z tego, co robię. Ładnie powiedziane, prawda? Ale uzmysłowiłam sobie, że człowiek szybko może popaść w rutynę, nawet nie zauważając, że to, co się kochało, stało się szarą codziennością, która pozbawiona została kolorów. Na szczęście wypad do Wrocławia pozwolił mi przejrzeć na oczy. Jak? Przekonajcie się sami. 

   Przyznam, że z początku nieco się martwiłam. Z Lottą znałam się już wcześniej, lecz internetowa znajomość jest zawsze inna, niż w rzeczywistości. Jednak pojechawszy wraz z przyjaciółką do niej - do Wrocławia - czekała mnie miła niespodzianka. Lotta przyjęła nas ciepło (z moją ulubioną kawą) i nie było niezręcznych momentów. Wercia, moja przyjaciółka, również szybko się zaaklimatyzowała. Była duża dawka humoru, pozytywny nastrój i wielka energia do działania. Już wkrótce ruszyłyśmy na Sky Tower.
   Do tej pory nie wiem, co mną kierowało. Ja, lęk wysokości i 49 piętro? Punkt widokowy? Serio? Jednak odważyłam się. Zresztą już wcześniej postanowiłam we Wrocławiu pokonać większość swoich lęków i bez barier ruszyć w podróż. Dlatego też ogłuchłam jadąc windą i przez dziesięć minut bałam się podejść bliżej do okna. Z daleka też był dobry widok. Mimo to ruszyłam, dotknęłam szyby (juhu! Śmiejcie się, ale to dla mnie nie lada wyczyn) i byłam z siebie dumna. Zresztą dziewczyny także to wykonały. Łączył nas ten sam strach.
   Później było trzeba się ochłodzić. Lotta z ekscytacją opowiadała o swoim mieście, nawet w najmniejszych szczegółach. Opowiadała legendy, pokazywała mniej znane dla turystów miejsca, aż w końcu podeszłyśmy do jej miejsca pracy. Z Costa Coffee jej znajomy - Adrian, zrobił nam przepyszne Mango Delight (zamiast mleka sok jabłkowy), po którym zmroził mi się mózg. Ale przyznam, że lepszego napoju nie piłam! Przepyszne, polecam.
   Lotta chciała, abyśmy zrobiły milion zdjęć. Tak więc robiłyśmy tyle zdjęć, na ile pozwoliła nam pamięć w telefonie. Bawiłyśmy się nieźle, odkryłam u siebie nowe hobby. Zaczęłam ekscytować się każdą spędzoną we Wrocławiu chwilą, bo wiedziałam, że już niebawem - w niedzielę po szesnastej, pociąg do rzeczywistości ruszy. Wercia zaś na każdym kroku powodowała, że nie mogłam przestać się śmiać. Ona znajdowała pozytywy nawet w najmniejszych rzeczach. Cieszyła się nimi długo i patrzyła na wszystko innym okiem. W końcu zaraziła mnie dobrym humorem, spokojem i beztroską. Moich myśli nie zaprzątały sprawy związane z pracą, z zaległościami czasowymi i innymi czynnościami, które na co dzień wykonuję. Po prostu... Odetchnęłam.
   I nieźle się bawiłam - z dziewczynami nie było innej opcji. To pozytywnie świrnięte kobiety, przy których łatwo się zapomnieć. Zachowam jednak szczegóły dla siebie, bo wiecie... Co za dużo, to niezdrowo. ;) Byłyśmy w pubach i klubach. Na gofrach (serio, zawsze muszę się ubrudzić?) i na piwie (i oblać?). Na zakupach i na działce. Na domowych obiadkach i w KFC (Wercia, nigdy więcej). Może i miałam kiepskie noce, bo śniły mi się koszmary (z pająkami, rzecz jasna), ale już dawno tak się nie śmiałam, jak w ten weekend, co był (zakwasy od śmiechu mówią same za siebie). Jestem wdzięczna im za to, że mój nastrój tak się poprawił. Dzięki Wam żadna z tych chwil nie była zmarnowana. Może i siedziałyśmy od rana na działce, ale się nie nudziłyśmy. Czułam się spełniona. Ale to nie wszystko...
Przepraszam za jakość - zdjęcie z filmu
   Chodząc w sobotni wieczór po Rynku, spotkaliśmy iluzjonistę, który demonstrował swoje sztuczki. Już wcześniej w swoim mieście widziałam ten występ, więc jedynie grzecznie zaczekałam, aż moje towarzyszki go obejrzą. Po jakimś czasie znów zobaczyłyśmy grupkę ludzi, którzy oglądają jakieś dopiero co rozpoczęte show. Szczerze? Nigdy nie lubiłam stać i oglądać. Zawsze ciężko jest mnie rozbawić, albo zainteresować. Szybko się nudzę. Muszę czuć pozytywne emocje, aby się zaciekawić występem. Dlatego też, kiedy zobaczyłam przygotowujących się dwóch mężczyzn, którzy mieli żonglować ,,ognistymi mieczami", chciałam się oddalić. Niejednokrotnie byłam widzem i niejednokrotnie kończyło się to dla mnie klęską i nudą. Jednak tamci już od początku spowodowali, że zaczęłam się śmiać. Kim byli? Rympau Duo (zapraszamy na ich fanpage'a). Przez kilkanaście minut nie mogłam opanować śmiechu. Ponadto byli naprawdę rewelacyjni w swojej akrobatyce i tańcu (tak, bioderka najlepsze!). Widownia (wraz z nami) szalała, śmiała się do łez i chciała więcej. Potrafili nami zawładnąć i pokazać, że to wszystko robią dla nas i dla samych siebie. Nie tylko my się świetnie bawiliśmy, ale także i oni. Czuć było, że robią to, co kochają i świetnie się z tym czują. Zarażali pozytywnymi emocjami. Czego widz mógłby chcieć więcej? My dostałyśmy wszystko, co oczekiwaliśmy. Brawa, chłopcy! Oby więcej takich show!
   Po ich występie ruszyłyśmy na chwilę do klubu. Impreza dopiero się rozkręcała (albo i nie, bo było marnie), więc poszłyśmy ,,pozwiedzać" pomieszczenia. Po sesji zdjęciowej w toalecie (jakże mogłoby jej zabraknąć?) ruszyłyśmy prosto do ogrodu. Oczywiście po drodze musiałam zepsuć sobie buta (moja podeszwa zrobiła się głodna), ale na szczęście uratowała mnie moja superbohaterka (Lotta), która zakupiła mi Kropelkę (później niechcący skleiłam sobie wnętrze torebki). Dzień minął szybko i wyśmienicie. Następny także. Mimo to czuję się usatysfakcjonowana. Może i w pociągu zrobiłyśmy sobie niezłego przypału i ludzie patrzeli się na nas, jak na wariatki (bo kto normalny śmieje się sam do siebie i to bez powodu?), ale naprawdę dziękuję za wyjazd. Czas był przeznaczony dla nas i dla naszego odpoczynku. Bawiłam się świetnie i myślę, że Wy także niczego nie żałujecie. I choć wróciłam do rzeczywistości, nadal czuję się wypoczęta.








   Miało nie być streszczenia podróży, a jednak było. Czemu? Otóż stwierdziłam, że inaczej nie przekażę Wam tego, co chciałam Wam powiedzieć. Czemu miałabym zacząć od końca, jeśli to początek jest ważny?
    Dziś rano, kiedy wstałam o dziewiątej, wzruszyłam się, widząc ilość wiadomości na prywatnej skrzynce. Wielu z Was zapytało się, czy dojechałam bezpiecznie i jak podobała się podróż. Wciąż myślałam, że jestem tylko szarą, ,,jedną z wielu" recenzentek, o której zapominacie z końcem dnia. Uzmysłowiwszy sobie, że jednak coś dla Was znaczę, znowu pokochałam to, co robię. Znowu? Tak, znowu. Bo zdałam sobie sprawę, że czytanie, pomaganie i wszystko, co robię dla Was, zaczęłam zaklepywać do swoich obowiązków. Bo nie robię tego tylko dla Was, robię to dla siebie. Zgubiłam się jednak w swoim życiu i w swoim zamiłowaniu. Straciłam kolory i trwałam w bezbarwnej pracy. Myślałam, że robię to, co kocham. Kochałam pracować i uwielbiałam dla Was pisać. Co więc się stało? Proste. Tak przyswoiłam sobie te czynności do siebie, że straciłam tę najważniejszą iskrę. Czułam, że to mój obowiązek, przymus, nie praca hobbystyczna.
   Dlatego pojawia się ten post. Po Waszych porannych wiadomościach poczułam napływ adrenaliny, pozytywnej energii. Nagle wycieczka po Wrocławiu również nabrała innego znaczenia. Zobaczyłam ludzi. Lottę, która patrzy na cegły, a nie tylko na budynki. Wercię, która wypatruje na horyzoncie uśmiech, nie smutek. Turystów, którzy zatrzymują się, aby popatrzeć na codzienny dla Wrocławiaków widok. Rympau Duo, którzy dawali dozę rozrywki, a nie ją zabierali. Windziarza z Sky Tower, który co pół godziny przeżywa ciągle to samo, ale z innymi ludźmi, a mimo to nadal był szczerze uśmiechnięty.
   A ja? Zgubiłam się. Przestałam odczuwać satysfakcję już dawno temu, lecz dopiero teraz to sobie uświadomiłam. Dzięki Wam, dzięki podróży i dzięki osobom, których spotkałam, na nowo otworzyłam oczy i zobaczyłam swoje zamiłowania w innych barwach. Wiecie, jakie to cudowne uczucie, gdy się robi to, co się kocha? Nieziemskie.
   A jak jest z Wami? Dbacie o siebie i swoje potrzeby? Dbacie o to, aby być szczęśliwym w swoim życiu? Dbacie o przerwy od pracy, aby nie zlała się z codziennością? Tak łatwo jest się zapracować i nie zwrócić na to uwagi. Dlatego chciałam Wam powiedzieć i doradzić, abyście zaczęli otwierać szeroko oczy. Same kredki nie wystarczą, aby na nowo zabarwić świat. Zbierzcie siły, zbierzcie mobilizację i róbcie to, co uwielbiacie. Zresztą sami zobaczcie, co sądzą o zamiłowaniach inni ciekawi ludzie:

,,Dla mnie to przede wszystkim samorealizacja przez połączenie ciężkiej pracy i relaksu. Uwielbiam poświęcać się dla czegoś, co w moim przekonaniu robię dobrze, a mogę to robić dobrze tylko wtedy, gdy oddaję się zajęciu bezwarunkowo, często poświęcając inne sprawy."




,,Zamiłowanie jest jak poranna kawa. Smak świeżo zmielonych i zaparzonych ziaren uzależnia oraz dodaje pozytywnego zastrzyku energii na cały dzień. Jej brak powoduje głód całego ciała, które woła całym sobą choć o łyk czarnego napoju. Z zamiłowaniem jest podobnie - wciąga i uzależnia. Sprawia, że każdy dzień nabiera nowych barw i staje się przyjemniejszy. Pasja i zamiłowanie również szkodzą - poświęcasz im każdą wolną chwilę i zatracasz rachubę czasu, a kiedy spostrzegasz ile masz jeszcze innych rzeczy do zrobienia okazuje się, że to już późny wieczór. Mimo wszystko życie bez pasji to nudne życie."
Laven Rose, pisarka


,,Zamiłowanie jest dla mnie odnajdywaniem przyjemności w zajmowaniu się czymś, najczęściej są to moje pasje, hobby. To zainteresowanie, miłość i sentyment do danej rzeczy/czynności. Zamiłowanie to coś, co sprawia, że mam słabość, że uzależniam (oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa) się od czegoś. W moim przypadku są to książki, zwierzęta (głównie konie) oraz fotografia.To trzy rzeczy, bez których po prostu nie mogę żyć.  
Co zamiłowanie robi z człowiekiem? Jeśli jest to pozytywne zamiłowanie, sprawia, że człowiek cieszy się życiem, ma swój cel w życiu, któremu poświęca się bez reszty. Człowiek, który ma marzenia, pasje, jest otwarty na świat. Gorzej, jeśli ktoś ma zamiłowanie np. do alkoholu, narkotyków, gdyż to uzależnia i stacza człowieka na dno."  
Grażyna Wróbel, recenzentka, fotograf


,,Jeśli chodzi o pasje, moim zdaniem jest to coś, czemu umiesz oddać się w 100% i nawet poświęcając temu masę czasu, szlifując coś do zrzygania, pocąc się jak wieprz, przy czym dalej o tym myśleć i robić to z uśmiechem na twarzy i samozadowoleniem, może nawet utrzymywać się z tej pasji, to można pokusić się stwierdzeniem, że wygrało się życie, szczególnie jak wykreowało się to samemu."

,,Zamiłowanie, jak nazwa mówi, wskazuje na interesowanie się czymś. Coś, co się kocha robić, co daje nam dawkę adrenaliny. Ja to nazwę taką drugą połówką. Zawsze jest ze mną, zajmuje mój czas i nie pozwala myśleć o niczym innym. To jest miłość, która nas nie opuści."
Weronika Kwidzińska, czytelnik


Dziękuję wszystkim, którzy dotarli do tego miejsca. Jak widzicie, zamiłowanie ma różne oblicza. Jednak należy pamiętać, aby nie zgubić tej miłości. A Wy co o tym sądzicie? :) 



Tak na dobranoc ;) 

9 komentarzy:

  1. Kochana świetny post. Cieszę się, że wycieczka się udała i dodała Ci nowych skrzydeł :) Mam nadzieję, że na nowo odnajdziesz się w swoim zamiłowaniu i oddasz mu się z pasją ;) Buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już znalazłam odpowiednią drogę. Teraz wystarczy ją utrzymać! <3

      Usuń
  2. Tekst bardzo pozytywnie nastrajający. To trochę tak, jakby być źle nastrojoną gitarą, której w sumie niewiele potrzeba, by dawała czysty, pełny dźwięk. :) Po tym poście stwierdzam, że wrocław jest Twoim stroikiem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze powiedziane! :D I dziękuję za miłe słowa. :)

      Usuń
  3. Świetny tekst, taki pozytywny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż nie ukrywam tego, że Cię uwielbiam.. Jednak gdyby tak nie było, to teraz uwielbiałabym Cię jeszcze bardziej! Cieszę się, że odzyskałaś swój płomień, bo kocham to jak piszesz. I masz to, mała! Mam nadzieję, że nigdy się nie zatracisz... A w razie czego, to zawsze mogę Ci przypomnieć, że to co robisz jest cudowne. Pamiętaj, że poznałyśmy się dzięki blogowaniu, przyciągasz ludzi między innymi dlatego, że jesteś świetna w tym, co robisz! :*


    .... Hahahaha! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ,,hahahaha" musiałaś dodać, prawda? :P Dziękuję, kochana! :)

      Usuń

Wyraźcie swoje zdanie w komentarzu, będzie mi niezmiernie miło :)

ODWIEDŹ NAS JUŻ DZIŚ!